• Decrease font size
  • Reset font size to default
  • Increase font size
Strona główna Świadectwa Świadectwa Moje życie z osobą współuzależnioną
Moje życie z osobą współuzależnioną Drukuj Email
Świadectwa - Świadectwa
Poniedziałek, 06. Kwiecień 2009 13:07
Nazywam się Paweł. Mam 29 lat. Moją żonę poznałem na studiach. Studiowaliśmy na tym samym kierunku. Znaliśmy się przez pięć lat zanim podjedliśmy decyzję o małżeństwie. Wspólna nauka, razem spędzany czas i zabawy. Zawsze wydawało mi się, że okres narzeczeństwa powinien trwać jak najdłużej. Teraz już tak nie uważam. Dlaczego?
Ponieważ sam jestem tego dobrym przykładem, że pomimo tak długiego czasu narzeczeństwa nie zauważyłem a może później już nie chciałem zauważyć, że Emilia miała problemy związane z problemem alkoholowym jej ojca. Tak naprawdę Emilia bardzo rzadko wspominała mi o tym, jak jej tata nadużywał alkoholu. Pamiętam, że mówiła kiedyś o tym jak się wstydziła przed koleżanką, która ją odwiedziła a jej tata leżał na podłodze w opłakanym stanie, wspomniała też kiedyś sytuacje agresji taty po wypiciu alkoholu (połamane biurko, wieszanie na pasku).  W jej domu raczej niewiele się o tym mówiło a ja w sumie nie chciałem poruszać drażliwego tematu. Zlekceważyłem ten problem, bo wydawało mi się, że nas nie będzie dotyczył. To był poważny błąd i dopiero teraz zaczynam w pełni rozumieć jak bardzo było naiwne myślenie, że to już historia, że to nas już nie dotyczy.

Już na początku naszej znajomości zauważyłem bardzo dużą zażyłość Emilii z jej mamą. Codzienne rozmowy przez komórkę po godzinie 23ej do późna w nocy. Tłumaczyłem to sobie tęsknotą za domem. Emilia przyjechała na studia z drugiej strony Polski i w przeciwieństwie do mnie nie miała na miejscu żadnej rodziny. Emilia zawsze mówiła, że mama jest jej najlepszą i jedyną przyjaciółką i dlatego może jej mówić o wszystkim. Pamiętam, że w późniejszym okresie narzeczeństwa trochę byłem zazdrosny, że Emilia właściwie o każdej sprawie opowiadała mamie i pytała się ją o zdanie. Niepokoił mnie też fakt, że w bardzo lekceważący sposób odnosiła się do swojego taty. Dla mnie, który zostałem wychowany w szacunku do Ojca i Matki taka postawa wydawała się być bardzo niesprawiedliwa.

Na ostatnim roku studiów pod pretekstem oszczędności (Emilia dużo płaciła za wynajem pokoju) zamieszkaliśmy wspólnie w mieszkaniu moich rodziców. Dziś tej decyzji bardzo żałuje i każdemu, kto jest za mieszkaniem par przed ślubem bardzo odradzam. Odradzam, dlatego że właściwie nie jest możliwe utrzymanie czystości przedmałżeńskiej choćby obie strony miały najczystsze intencje.
Chcąc naprawić tą sytuację postanowiłem, że się pobierzemy. W końcu znaliśmy się pięć lat w czasie, których mogliśmy się poznać w różnych sytuacjach. Podobało mi się, że na Emilii właściwie w każdej sytuacji można liczyć, razem podejmowaliśmy decyzje, dużo rozmawialiśmy. Właściwie od momentu poznania rozmawialiśmy ze sobą jakbyśmy byli znajomymi od wielu lat. Nie mogę pominąć faktu, że Emilia jest piękną, inteligentną i czarującą kobietą.
Uważam teraz, że po tak długim okresie wspólnego przebywania podjęcie prawidłowej decyzji odnośnie małżeństwa jest bardzo trudne lub wręcz niemożliwe ze względu na brak „trzeźwego” spojrzenia na drugą osobę.
W przeddzień ślubu Emilia rozpłakała się i stwierdziła, że ślubu nie będzie. Wydaje mi się, że doszła do niej w końcu świadomość, że rozpoczyna dorosłe, samodzielne życie. Uspokoiła się dopiero po zapewnieniach jej mamy, że dla niej zawsze będzie najważniejszą, ukochaną córeczką i ślub niczego nie zmieni. Emilia wypowiedziała wtedy znamienne słowa „ dla mnie na pierwszym miejscu będzie zawsze Mama, Ty możesz być, co najwyżej na drugim miejscu”. To wszystko razem wzięte powinno mi dać poważnie do myślenia, ale zwaliłem to na karb zdenerwowania przed uroczystością.
Po to żebym szybciej przyjechał na ślub od rodziców, którym pomagałem przy gospodarstwie Emilia posunęła się do małej intrygi. Zamiast powiedzieć, że za mną bardzo tęskni powiedziała, że muszę załatwić jakieś formalności. Kiedy przyjechałem i się dowiedziałem, że to nieprawda poczułem się oszukany i poczułem zawód: Emilia, która nigdy mnie nie okłamywała tym razem uznała, że tak będzie lepiej. Wtedy powoli zacząłem zdawać sobie sprawę, że Emilia mną manipuluje. Dorosłe Dzieci Alkoholików często zamiast o coś poprosić po prostu wolą zmanipulować drugą osobę, żeby zrobiła dokładnie to, czego chcą bez proszenia.
Dosyć przykry był też moment po ślubie, gdzie pierwotnie mieliśmy zamiar wyjechać na kilka dni w góry lub nad morze na noc poślubną a okazało się, że musieliśmy zostać pomagać teściowej sprzątać po ślubie. I nawet nic by mi to nie przeszkadzało gdybyśmy faktycznie mieli co tam pomagać. Tak naprawdę moja żona miała potrzebę pobycia ze swoją Mamą, żeby upewnić się, że na pewno nic się nie zmieniło.
Po ślubie wróciliśmy do miasta, w którym studiowaliśmy. W kilka miesięcy po ślubie dostałem pracę w innej miejscowości. Emilia dojeżdżała do mnie na kilka dni w tygodniu. Przeżyliśmy tam jedne ze najszczęśliwszych dni w naszym życiu małżeńskim. Po roku małżeństwa urodziła nam się Lenka. Narodziny Lenki i mój powrót do mieszkania, w którym mieszkaliśmy przed ślubem zbiegły się z początkiem kryzysu w naszym małżeństwie. Moja żona prawie całkowicie przelała swoją miłość na córeczkę odsuwając mnie na bok. Jeszcze przed narodzinami Lenki kupiliśmy jej łóżeczko, ale okazało się niepotrzebne, bo Emilia kładła Lenkę między nas. Kiedy jej powiedziałem, że mam głęboki sen i boję się, że mógłbym niechcący uszkodzić dziecko i poprosiłem ją żeby wybrała z kim chce spać, Emilia pokazała mi łóżko w drugim pokoju. Nie mogłem się pogodzić do końca z Jej decyzją. To był właściwie początek rozpadu naszego pożycia.
Pogubiłem się wtedy. Zbyt dużo czasu spędzałem przy komputerze. Nastała dla mnie era internetu, czatów i wyżalania się przed nieznanymi dziewczynami. To był duży błąd. Dziś wiem, że wyżalanie się przypadkowym osobom prowadzi do nikąd. Powinienem był już wtedy szukać porad u specjalistów, którzy pomagają przełamywać takie problemy.
Postanowiłem zrezygnować z internetu i więcej czasu poświęcać swojej rodzinie. Przez pierwsze dwa lata próbowałem własnymi siłami naprawić nasz związek. Niestety pomimo usilnych prób okazywało się, że jestem bezsilny. Starałem się nie stwarzać dodatkowych problemów i ustępowałem mojej żonie praktycznie we wszystkim. Ponieważ źle się czuła w mieszkaniu moich rodziców kupiliśmy swoje mieszkanie zaciągając kredyt na najbliższe 30 lat. Szczerze mówiąc nie do końca byłem wtedy przekonany do kupna mieszkania, ale uległem presji pod wpływem groźby rozwodu i tego, że Emilia kupi mieszkanie ze swoją mamą. To był pierwszy raz, kiedy Emilia zaszantażowała mnie rozwodem.
Miałem nadzieję, że mając swoje mieszkanie zaczniemy lepsze życie, że nasz kryzys w końcu się zakończy. Pozwoliłem Emilii podejmować decyzje odnośnie urządzenia mieszkania, ale zamiast wdzięczności usłyszałem, że nie interesuje się mieszkaniem. Kiedy okazało się, że w niedługim czasie od Narodzin Lenki począł się Nikodem moja żona bardzo mnie za to obwiniała. Tak jakbym sobie to zaplanował, co nie było prawdą. To było bardzo niedojrzałe. Myślę, że nie można mieć pretensji do partnera, jeżeli nie chce się używać żadnych metod naturalnego planowania rodziny czy nawet antykoncepcji.
Był też taki okres w trakcie dwóch pierwszych lat naszego kryzysu, kiedy moja żona widząc jak bardzo mi zależy na utrzymaniu naszego małżeństwa bawiła się moim kosztem twierdząc, że „jeszcze trochę wytrzymam” w domyśle do daty rozwodu. Jej gra się skończyła dopiero w momencie jak porozmawiałem z teściową przez telefon. Emilia wytłumaczyła mamie, że to był taki żart, że Ona nic mi takiego nie mówiła tylko nie wyprowadzała mnie z błędu. Mama Emilii przyjęła to bezkrytycznie.
Co ciekawe, kiedy przyjeżdżałem do domu rodziców mojej żony zacząłem słyszeć, że ja to jestem może i dobry tylko ktoś mnie namawia przeciwko Emilii, co było nieprawdą.  Jedna z możliwych postaw życiowych, które wytwarzają dorosłe dzieci alkoholików jest postawa ja jestem OK Ty jesteś nie OK. W moim życiu wygląda to tak, że moja żona za wszystko mnie obwinia. Robi tak nawet wtedy, gdy wcale nie ma do tego podstaw.    Jeszcze w trakcie narzeczeństwa moja żona zaczęła nielubieć mojego brata tylko, dlatego, że na któreś wakacje wyjechał na pielgrzymkę a ja nie mogłem przyjechać do Niej. Jest to rodzaj swoistego wymierzania sprawiedliwości. Myślę, że trochę typowa dla roli dziecko – bohater. W trakcie trwania małżeństwa bezpodstawny uraz żony do brata rozszerzył się na całą rodzinę. Potrafiła w złości obrażać nasze nazwisko. Moja żona chciała żebym ograniczył kontakty ze swoją rodziną. Myślę, że chciała tego, ponieważ umie kochać tylko miłością zazdrosną i zaborczą, co zresztą sama przyznaje. Tak bardzo mi zależało na tym, żeby w końcu zażegnać kryzys, że zmniejszyłem kontakt z moja rodziną i przestałem żonie mówić nawet o tym jak od czasu do czasu porozmawiałem z siostrą czy bratem.
Teraz uważam, że to był błąd, bo nikt mnie nie namawiał przeciw Emilii. Jak również nikt nie ma prawa żądania ograniczenia kontaktu z całą rodziną od tak sobie, bo ma złe doświadczenia.
Okazało się, że to właśnie w rodzinie mojej żony w życie rodziców wtrącała się rodzina jej ojca min. przez podawanie mu alkoholu i „nastawianie” przeciwko teściowej. Emilia wyniosła z domu przekonanie, że otoczenie tylko czyha na okazję, żeby zrobić jej coś złego. Te przekonanie było tak silne, że próbowała wmówić mi, że tak jest, a kiedy się z nią nie zgodziłem wolała odciąć się ode mnie niż mi uwierzyć. Kiedyś dała mi karteczkę, na której było napisane, że albo wybiorę ją i dzieci albo swoją rodzinę. Moja żona nie może zrozumieć, że pomimo czterech lat kryzysu każdego dnia wracam i wybieram rodzinę, którą założyłem, ale kocham także rodzinę, w której się wychowałem. Mam do tego prawo, a nawet i obowiązek.
Moja żona, kiedy zaczęły się nasze problemy zastosowała znane już sobie z dzieciństwa mechanizmy obronne. Zamknęła się w sobie, odsunęła się ode mnie, całe uczucie przelała na naszą córeczkę i zaczęła być agresywna. Tylko kilkakrotnie zdarzyło się jej uderzyć mnie bezpośrednio, ale uważam, że było to i tak o tych kilka razy za dużo. Za ostatnim razem zgłosiłem to naszemu dzielnicowemu. Od tej pory nie zdarzyło się, żeby moja żona użyła względem mnie przemocy przynajmniej nie fizycznej. Przemocy psychicznej niestety w sumie nie jestem w stanie uniknąć. Najbardziej boli mnie, kiedy widzę jak moja żona wciąga w to wszystko nasze małe dzieci. Trudno mi nawet wyrazić, co czuje kiedy mała córeczka podchodzi i mówi „ ja Ciebie kocham Tato, ale Mama mówi, że Cię nie kocha”.
W ciągu zeszłego roku odwiedziłem wielu specjalistów, psychologów, skorzystałem z poradnictwa rodzinnego, byłem nawet w Bydgoskim Centrum Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. W każdej z instytucji otworzyłem drogę do podjęcia negocjacji z moją żoną. Problem w tym, że moja żona nie chce pracować nad naprawieniem naszego związku a tym bardziej nie ma zamiaru podejmować żadnej terapii. Winą za kryzys obarcza tylko mnie. Mówi, że to ja mam problemy. Twierdzi, że nas nie ma, że nasz związek jest tylko „na papierku”. Bardzo ciekawe jest to, że usprawiedliwieniem niepodejmowania pracy nad naszym związkiem dla mojej żony jest to, że mi nie ufa. Brak zaufania jest jedną z najbardziej typowych mechanizmów obronnych Dorosłych Dzieci Alkoholików.
Myślę, że na niemożliwość zakończenia naszego kryzysu ma bardzo duży wpływ mama mojej żony. To ona chcąc chronić swoją córkę od zła i niejako kompensując sobie nieudany związek przelała na córkę swoje uczucia uzależniając ją od siebie. Emilia nie potrafi odciąć pępowiny łączącej ją z jej matką. Jest emocjonalnie uzależniona od swojej Mamy. Nie potrafi sobie wyobrazić życia bez niej. W pewnym sensie mama stanowi dla niej azyl od naszych problemów. Po co naprawiać swój związek skoro można zadzwonić do mamy, która zawsze wysłucha pocieszy i pożałuje. Dodam tylko, że to właśnie mama mojej żony ma takie poglądy, że żaden psycholog nie jest w stanie nam pomóc, że musimy poradzić sobie sami. Podsuwając takie poglądy córce powoduje, że właściwie nie mamy szans na zakończenie tego kryzysu.
Moja żona „skopiowała” jako Dorosłe Dziecko Alkoholika bardzo dużo zachowań swojej mamy ze swojego domu rodzinnego. Sypia z Lenką (powodując kolejne współuzależnienie), przekupuje dzieci słodyczami, (pomimo że nasza córeczka już cierpi na otyłość), niedosypia wstając wcześnie rano gotując posiłki, odmawia współżycia, zbyt mało je ( niedbanie o swoje potrzeby fizjologiczne jest jedną z typowych cech DDA).
Nie wiem co będzie z naszym małżeństwem w przyszłości. Nasz kryzys trwa już czwarty rok. Z jednej strony wiadomo, że do prawidłowego rozwoju dzieci potrzebują zarówno ojca jak i mamy. Z drugiej strony dzieci wyrastając w naszym domu i tak nie widzą prawidłowych relacji małżeńskich. Co raz częściej zastanawiam się nad wystąpieniem do Kościoła o sprawdzenie ważności naszego związku małżeńskiego. Byłaby to już ostatnia szansa dla mojej żony na opamiętanie się, bo jej dotychczasowe postępowanie jest bardzo niedojrzałe. Czasami mam smutne wrażenie, że tak naprawdę byłem jej potrzebny do urodzenia dzieci.
Zdaje sobie sprawę, że większość mężczyzn po prostu odeszłaby od takiej żony, ale ja nie nalezę do większości. Zawsze w życiu lubiłem wyzwania. Wychowany byłem do niepoddawania się przeciwnościom. Pytanie tylko czy przebywając tak długo z osobą współuzależnioną będę w stanie prawidłowo funkcjonować i rozpoznać moment, w którym powinienem już odejść…