Strona główna Artykuły Artykuły Wołanie alkoholika II
Wołanie alkoholika II Drukuj Email
Artykuły - Artykuły
Piątek, 12. Czerwiec 2009 10:04
Wołanie alkoholika II
Suszy mnie, tak potwornie suszy… Powietrze, które we mnie wpada wydaje się martwe. Ręce już nie te, co kiedyś, jakby zesztywniałe, ale przecież moje. Tyle dachów nimi założyłem, tyle krzeseł zbiłem, tyle… Znów zabrakło słów, znów uciekam przed rzeczywistością. Czy potrafię już tylko mówić o przeszłości? Suszy…Naprawdę… Wierzysz mi? Żono, którą przedwcześnie postarzałem, której zmarnowałem życie, którą przykułem do siebie– kalecząc i niszcząc, jak gad podstępnie i powoli. Ty jedna może, zechciałabyś mnie wysłuchać, w tej odrobinie trzeźwości, która przelewa się w moim życiu.
  Widzisz, istnieją na świecie rzeczy, równie silne, co śmierć i rozłączają. Pamiętasz jak w dniu wypłaty, kupiłem Ci te granatową sukienkę, która tak Ci się podobała, wydając niemalże całą pensje? Ale kogo wówczas obchodził brak pieniędzy. Miesiąc żyliśmy o chlebie i wodzie, zaciągnęliśmy długi, ściągnęliśmy na siebie złowrogie spojrzenia i… byliśmy szczęśliwi, kochaliśmy się. Ja żyłem dzięki Tobie, a Ty dzięki mnie. Zastanawiam się, jak można przez tak krótki czas, tak bardzo się oddalić od siebie. Wolałabyś, żebym pił, czy zdradzał Cię z inną kobietą? Odpowiedz, do cholery! Czy jestem aż tak nędzny, że nie zasługuje nawet na słowo z Twoich ust? Aż tak bardzo mną pogardzasz!
Złapał za kryształową popielniczkę i zamachnął się. Niekiedy brawura, ukazuje jak bardzo jesteśmy słabi. Skulił się i zaczął łkać. Z początku głucho, w ten sposób mogłaby jęczeć samotność, a potem w przypływie żalu i nienawiści do siebie samego konwulsyjnie i głośno. Na końcu słychać już tylko było rzężenie, skomponowane przez bezradność i wyczerpanie. A jednak ten ochłap człowieka, wciąż jeszcze żył. Wciąż miał siłę by mówić i czuć. Może nie było z nim jeszcze tak źle?
Wtem zerwał się, jak opętany, rozejrzał się bezmyślnie po pokoju i upadł na kolana. I tak szedł, przebierając udami. Nieporadnie, żałośnie. Mimo to posuwał się miarowo na przód, wpatrzony w zdjęcie swojej żony. Czarno– białe, otoczone kolistą, złotą ramką. Miała na nim taką ładną, zondulowaną grzywkę. Patrzyła na niego ze smutkiem, brakiem nadziei, wręcz zawodem.
Dlaczego odszukał właśnie tę fotografię? Mógł przecież znaleźć, tą gdzie byli razem! Nie mógł, wiedział że jego już nie ma. Dotarł do czarnego fortepianu, na którym stało jego życie, oparł się rękoma i skłonił głowę. Doświadczał uczuć tak gwałtownych i silnych zarazem, że spokój który od niego bił, wydawał się nie do pomyślenia. Ludzie przemierzają setki kilometrów, aby być bliżej Absolutu, on przebył parę metrów, a może połowę swojego życia i czuł się zjednoczony. Z Bogiem, z Nią, ze samym sobą. Tylko on jeden to wie. Trwał w kontemplacji. Półsen, w który zapadł był krótki, lecz wystarczająco przygnębiający, aby odebrać resztki sił.
Widział opustoszały szpitalny korytarz, spowity szarą gumolitową wykładziną. Amfiladę sal, u wejścia każdej, butelkę wódki. Zrobił parę kroków, schylił się, pociągnął solidny łyk i wszedł do pierwszej sali.
Przez okno wpadało bladosine światło, które rzucało grobowe niebo. Z oddali słychać było szum drzew, tuż obok dwa oddechy: matki i córki. Zajmowały one, na wprost niego, dwa metalowe łóżka. Najwidoczniej spały. Tym razem musiał wypić dużo więcej, żeby… Odważyć się, móc podejść, przywitać. Bał się wyciągnąć rękę. Gdyby teraz, któraś z nich otworzyła oczy, prawdopodobnie wybiegłby z wrzaskiem, lecz nic takiego nie miało miejsca. Złowrogi szum potęgował napięcie. Wypił jeszcze troszkę i wreszcie pogłaskał je, jakoś sztywno i nienaturalnie. Potem coraz wolniej i spokojniej. Dotykał coraz czulej, by ostatecznie złożyć na ich czole suchy pocałunek. Budził się w nim człowiek, niestety tylko na chwile, jaką stanowi moment miedzy pijacką wylewnością a otępieniem. Opróżnił butelkę i wyszedł, by pochwycić następną. Otworzył drugie drzwi, znów ujrzał znajome twarze. Znów się bał. Tak powtarzał się ten rytuał. Z każdą wizytą upijał się i trzeźwiał zarazem. Od nowa przezywał mordęgi i fale uniesień. Rzekłbyś upiorny sen. Zbliżał się do ostatniego wejścia, które dla niego nadal było nowym zjawiskiem. Już miał nacisnąć klamkę, gdy nagle ogarnął go dziwny niepokój. Cofnął się i wychylił, przebiegając oczami, po każdym z drzwi. Byłem tu już! Zaczął sobie uświadamiać, że w każdej sali stawał mu przed oczami ten sam obraz, a on odgrywał tę samą rolę. Czyżby przechytrzył własny sen? Postanowił rozegrać to inaczej. Odstawił okowitę, nabrał więcej powietrza, w piersi i wszedł. Wydawał się pewniejszy, bardziej zuchwały, może nawet owładnięty czymś na wzór dumy. Jakże ironiczne bywają czasami koleje ludzkiego losu, jakby zapisane złośliwą ręką okrutnego bożka. W przejściu spoliczkował go i przyskrzynił wiatr. Gdy udało mu się przejść, pierwsze co zobaczył, to otwarte okno i powiewającą firankę. Nic więcej. Nic prócz atłasu białych pościeli…
Ocknął się, za oknem światło. Czołem dotykając drewnianej klapy, gonił jeszcze swój uciekający majak krzycząc, jak to możliwe.